| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Czarny Dżaguar GG: 6881413 GG
Imieniny
KONTAKT: koala_bear@vp.pl
REDAKCJA KRYTICONU
UWAGA! UWAGA! Uprzejmie proszę o pozostawienie po sobie komentarza. Z góry dziękuje!
ZNAJOME BLOGI
poniedziałek, 16 czerwca 2008
Wujek

Pamiętasz?
Te bajki na dobranoc
Które mi opowiadałeś
O odwróconym świecie
O dworkach i czołgach

Pamiętasz?
Te podwinięte nogawki
Mokre spodnie
Bo na fale! Na fale!
W morzu zabawy

Pamiętasz?
Gdy ten pies, te kły
I co by było, gdyby nie ty
Twoja ręka. Twoja krew.
A powinna być moja

Pamiętasz?
Ja pamiętam

Radość
Dobroć
Miłość

A taki mały
Taki mały byłem

Pamiętasz?
Pamiętasz

Ale Ciebie już nie ma

Szesnasta pięćdziesiąt pięć
I podpis lekarza
00:29, czarny_dzaguar , Wiersze
Link Dodaj komentarz »
Ołowiany żołnierzyk

Już zdążyłem zapomnieć
O tym uśmiechu i głosie
Wpisałem to w przeszłość
A przynajmniej tak chciałem

I udało mi się!
Częściowo
Zwyciężyłem!
Połowicznie

Bo wtedy ty, taka sama
Jak w tych dobrych chwilach
Zapukłaś do mych drzwi
I oznajmiłaś: Wróciłam!

Wiedziałem już, że przepadłem
Tak samo bezsilny
Na powrót, znów, jeszcze raz
Mały bezradny

Ołowiany żołnierzyk
W twych rękach

00:18, czarny_dzaguar , Wiersze
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 czerwca 2008
Zagadka dziejowa

Ledwo pożółkły strony
I wysechł atrament
A nikt już tego nie wie
Jak to właściwie było

Wtedy

Minęło Nic
Dla człowieka Wszystko
Parę dziesiątek czasu jednostek
Tak tanich, tak cennych

Siedzimy teraz na tarasie dziejów
I spieramy się kto komu i dlaczego?
Ten tamtemu
Tamten temu

Jedna jest prawda
Obiektywna
Wiele jest prawd
Subiektywnych

A przecież ledwo pożółkły strony
I wysechł atrament

Zagadka
20:13, czarny_dzaguar , Wiersze
Link Dodaj komentarz »
STRÓŻ

Wsiadł do pustego autobusu i usiadł przy oknie. Bezmyślnie zaczął obserwować świat za szybą. Syf, brud, nędza. I jak tu żyć? Chodniki krzywe, popękane. Drogi nierówne, dziurawe. Śmieci walające się po ziemi i kosze wypełnione po brzegi. Szarość budynków, szarość nieba, szarość ludzi. I jak tu żyć, ja się pytam? Jak?
  On nie zastanawiał się nad odpowiedzią. Zatonął w swoich myślach i wpadł do kadzi pełnej swojej goryczy. Czy czuł się człowiekiem zgorzkniałym? Nie. Po prostu czuł, że za dużo myśli, a na co komu myślenie? Same z nim problemy. Bo zaczyna się pojawiać jakaś moralność, traktowanie ludzi na serio, cenienie wartości. A na co komu one, ja się pytam? Na co? No?
  Ludziom były zbędne. Zadawalała ich pajda chleba i ćwiartka czystej. Od czasu do czasu jakaś pusta, kopulacyjna więź z drugim, równie bezmyślnym, człowiekiem.
  Tu był problem. On nie zdawał sobie z tego sprawy. Siedząc w autobusie zatopiony w swoich myślach, nie postrzegał swego problemu w tych kategoriach. Nie rozumiał, że wina nie leży w nim, ale w świecie, w rzeczywistości i bezmyślności ludzi. Nieee, jemu to nie przychodziło na myśl. Zwalać wszystko na innych? Przecież to jest takie… Hm… Niemoralne? Żałosne też trochę, prawda? Że to inni, nie ja? Cały świat winny, ja idealny? Głupota! Że może powinienem się do niego przystosować? Dać się mu ponieść? Przestać myśleć?
  No cóż… I tak nie ja mu uświadomię jego błąd, tylko życie. Póki co siedział on w pustym autobusie, który w końcu ruszył. Świat za oknem również drgnął, choć, co mnie nie dziwiło, a jego znów szokowało, pozostawał niezmienny. Bo cały był taki sam- syf, brud, nędza. I jak tu żyć, no? Jak, ja się pytam?
  On uznawał, że można, że to przecież jest normalne. Hm, a nawet jeśli nie jest, to tym bardziej trzeba w tym żyć, bo to próba…
  Uderzam się w czoło na znak dezaprobaty i oszołomienia. Cholera, człowieku, o czym ty mówisz? Jaka próba? Dlaczego ty żyjesz cały czas w tym świecie prób, wartości i myślenia! Na co komu one? Na co, ja się pytam? No?
  Ciekawostka, że on sam przeżył już tyle, że powinien to rozumieć, ale nadal żył w swoim utopijnym, wyimaginowanym świecie. A wszystko się brało z tego, że za dużo myślał. Za dużo! Myślenie nie było i nie jest w cenie. Takie czasy i nic na to nie poradzimy.
- Nie… nie poradzimy? Czemu? Przecież może jakbyśmy tak jakoś…- myśl jego złota, a dla mnie wielce bolesna. Znów uderzam się otwartą dłonią w czoło i patrzę na niego pobłażliwie. Jego myśli były wręcz krystalicznie idealistyczne, co dla mnie, tak zgorzkniałego i wypranego ze złudzeń stwora, było powodem wiecznej troski i zmartwień. Potrzeba było mi parę głębszych oddechów, aby się uspokoić. Właśnie… Parę głębszych…. Hm, tak generalnie to by się przydało, nie? No ale może później. Póki co trzeba jeszcze trochę nad nim posterczeć.
  Myśli jego wędrowały od jednej klęski życiowej do drugiej. Pierwsza nieudana miłość. Pierwsza utracona praca. Rozwód. Naprawdę, jak on mógł po tym wszystkim nadal wierzyć w te dyrdymały o sprawiedliwości, radości, bla, bla, bla… Dziwota.
  Ale wierzył i to wytrwale. Holender, powoli tracę już nadzieję, że może w końcu przejrzy na oczy i zrozumie, że tylko sobie życie komplikuje. O! Ciekawy wywód sobie w głowie ułożył. Skąd on? Aaa, zobaczył piękną kobietę, która weszła do autobusu.
- Tyle pięknych kobiet na tym świecie i żadna moja. Chodzą same i może, tak jak ja, czekają na swoją wielką miłość? Dlaczego nie nadchodzi? Dlaczego przede mną ucieka? Co… Co jest ze mną nie tak?- tu muszę się wtrącić, bo mnie krew zalewa. Niiiic! To świat! No zrozum to… O, przepraszam, kontynuuj.- Może…Za dużo myślę? Może to nie jest potrzebne? Może one tego nie oczekują. Basia...- jego pierwsza miłość!- Rozmawiała ze mną, spotykała się ze mną, uśmiechała się do mnie, chwaliła przed koleżankami. I… I tylko tyle. Żadnego słowa o miłości, uczuciach. Nic. Tylko gadała o swoich nudnych czynnościach. Że tu ułożyła napis z kamieni, że u babci dużo zjadła, że nie wie czy wiązać włosy w kok, czy nie? Czynności, czynności, czynności. Nic one nie znaczą. I zdawałem sobie z tego sprawę! Bolało mnie to! Ja… Ja chciałem porozmawiać sensownie, no z sensem tak jakoś, ale… nie dało się. Aż w końcu wybrała sobie tego, tego DRUGIEGO. Ciekawe czy zrozumiał, chociaż połowę zdań, które powiedziała? Czy zrozumiał jej problem z tymi włosami, z kokiem? Ja rozumiałem! Ale co z tego? On nie rozumiał, milczał i nie wymagał. Starczy. Ideał mężczyzny.
  Z radości, aż zacieram ręce. Chyba w końcu zaczyna rozumieć! Wreszcie!- Ale… Czy o to chodzi? Czy to jest wartościowe? Czy to ma sens? Chyba nie…
  Przepraszam, przedwczesna euforia. Jego myśli znów wróciły na tor… Ale, moment!
– Choć… Może właśnie tak ma być? Może nie warto w coś wierzyć? Po co? Inni żyją szczęśliwi, a ja…
  Brawo, stary! Jesteś o krok od zrozumienia rzeczywistości! Jeszcze trochę i zaakceptujesz to! Postanowisz przestać myśleć o tym i zaczniesz żyć pełnią życia! Zamkniesz oczy na świat! Przestaniesz chcieć coś zmieniać! Różnić się od tłumu! Powiesz sobie- Hulaj dusza! I zatracisz się! Z zyskiem dla siebie!
- Tak, chyba o to w tym wszystkim chodzi. Po co się różnić?
  Odwróciła się. Przez parę sekund patrzyła się na niego. Uśmiechnęła się.
  No nie! Jak mogła, cholera! Już był stłamszony, już z nieszczęściem pogodzony i wtedy ona… Ta, która wsiadła chwilę wcześniej. Ta, która przysporzyła go o tak smutną refleksję. Uśmiechnęła się! Do niego! No nie, dlaczego wszystko jest przeciw nam! A ja chcę tylko dobrze!
  Nie! Czekaj! Nawet o tym nie myśl! A chłopak myśli. W swej desperacji mówi: Raz kozie śmierć! I rusza. I idzie. I przedziera się przez autobus. I podchodzi do niej.
- Przepraszam… Czy nie wie pani… Pani.. Czy…- mówi niepewnie, uśmiecha się i rumieni. A jej się to podoba! O, zgrozo!
- Pani jest piękna.- zdanie desperata, nie patrzącego na konsekwencje. On wbija wzrok w podłogę autobusu. Ona ciągle się uśmiecha.
- To dlaczego na mnie nie patrzysz?- On podnosi wzrok. A ta cholera cały czas uśmiechnięta!
- Bo… Nie wiem… Nie wiem w sumie… Dlaczego…
  Chwilę milczą patrząc się na siebie. Ciszę przerywa ona.
- Ania.
- Robert.
- Dokąd jedziesz?- i tak zaczyna się ich konwersacja. I gadają. I dobrze im. Mają wrażenie, że znają się od lat. Cholera! Szlag by to! Już go kupiła! I ja, powiem wam, no powiem, wiem, co będzie dalej! Będą razem! Tak! Tylko ile!? Czy on nie myśli nad tym ile cierpień go czeka?! A ja chcę tylko dobrze! Tylko dobrze! Dobrze! Dobrze. Dobrze…

                                            ***

Koniec zmiany. Podbita karta. Kolejny człowiek odhaczony, odrobiony, na konto zaliczony. Wreszcie się napić będzie można. W barze. Wejdę jak zawsze i krzyknę- Czołem anioły! Oni się zaśmieją, do stołu zaproszą. Karty przetasują i rozdadzą. Nawet papierosem uraczą. Dużo dymu. I alkoholu. Przesiąkamy tymi zapachami, ale nie myślimy o tym. Liczymy na chwilę zapomnienia, relaksu. Pogadamy i pośmiejemy się z ludzkiej naiwności, z ich błędów i słabości. I tylko jeden, samotny będzie siedział w kącie baru i kiwał głową na znak dezaprobaty. Szczery, wierzący, ostatni. Wytwór starej daty. Nawet o zarobkach nie myśli. Frajer. Same nieszczęścia na ludzi ściąga. Okrutnik. Idealista. Prawdziwy anioł stróż. Ostatni? Tak? No to zdrowie!- aniołowie podnieśli szklanki i głośno się śmiejąc, wlali do swych gardeł przezroczysty płyn.

20:03, czarny_dzaguar , Opowiadania
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 czerwca 2008
Odkrywcy

Stanąłem na brzegu
Patrzyłem na statek
Beczki wtaczali na pokład
Żagle wciągali na maszt

Zaraz się zacznie

Odbijamy
Manewrujemy
Wypływamy

I już płyniemy

Gdzieś w oddali niknie brzeg
Za nami został ląd i życie
Przed nami morze

I tylko morze

Płyniemy zawieszeni
Między jedną ziemią a drugą
Między bytem a nie bytem

Nic nam nie pozostało

Tylko woda
Tylko drewno
Tylko płótno

Nie chcieliśmy pomocy

Żadnych wskazówek
Żadnych map
Ufni w siebie i technikę

Co przed nami?
Nieznane

Kim jesteśmy?
Duchami

Kim będziemy?
Odkrywcami

I tak w kółko
Bez końca
Pokolenie
Pokolenia
Pokoleniu
23:04, czarny_dzaguar , Wiersze
Link Dodaj komentarz »
Czekanie

Otworzyłem okno
Rozłożyłem łóżko
Leżałem

Poczułem chłód
Nocy chłód
Ciekawe

Poczułem strach
Zwierzęcy strach
Nieznane

Poczułem pustkę
Zwyczajną pustkę
Bez opisu

A przecież żyłem
Myślałem
Pragnąłem

Kim byłem?
Kim jestem?
Kim będę?

Czerwiec
Lato
Słońce

A ja gdzieś po środku
Wiecznie po środku
Czekałem
I czekać będę
22:47, czarny_dzaguar , Wiersze
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 marca 2008
MIASTO

Miasto

Obrazy Miasta przesuwały się za szybą, zatrzymując się, co jakiś czas, na krótką chwilę wyznaczaną przystankami i światłami. Miasto nie należało ani do ładnych, ani do brzydkich. Miasto nie było ani nowoczesne, ani starodawne. Miasto miało w sobie wiele elementów, które sprawiały, że na usta cisnęło się jedno słowo: kontrast. Tu budynek niski, tam wysoki. Tu kamienica, tam drapacz chmur. Tu budka, barak, blaszak. Tam butik, biurowiec, bank. Ludzki umysł nie był w stanie pojąć tej urbanistycznej zagadki.
  

Mieszkańcy Miasta nie zwracali już uwagi na chaos, który ich otaczał. Ot, ludzka natura, która każe żyć w wirze przyzwyczajeń, która najniezwyklejszą rzecz, po którymś powtórzeniu, po n- tym ponownym spotkaniu, zamyka w klatkę oblepioną napisami: normalność, codzienność, rutyna.

Dla większości mieszkańców tego Miasta, istniało ono jedynie w kategorii otoczenia, sprowadzając się do pewnych krótkich haseł- powiązań. Budynek A- mieszkanie. Budynek B- biuro. Ulica A- droga do pracy. Budynek C- sklep. Miasto było im obojętne, nie stanowiło dla nich żadnego organizmu, istoty żywej, kompleksowej postaci. Było dla nich pozbawione ducha. Nie mieli ochoty z nim rozmawiać. Uciekali na przedmieścia, w weekendy na działki. Ale czy może być inaczej, gdy większość z nich nawet w nim się nie urodziła? Przyjechali z całego Kraju do pracy. I w takiej również kategorii postrzegali to Miasto- roboczej.

Tramwaj zatrzymał się na chwilę. Kadr za szybą prezentował się następująco: budka blaszana przygnieciona wielkim, neonowym napisem KEBAB. Na drugim planie stara kamienica. Obok niej niski, brudny, szklany, brzydki budyneczek. Relikt czasów minionych. Supersam. Na dalszym planie zabytkowy kościół, którego strzelista dzwonnica kilkadziesiąt lat temu przegrała konkurencję z betonowym pudełkiem zapałek. Cecha czasów minionych: wszystko, co najmniejsze, najmniej wartościowe, zostaje nobilitowane i powiększone. Pudełko zapałek staje się wielkim drapaczem chmur. Kościółkowi pozostaje żyć w jego tle.

Czasy minione- ich już nie powinno być. Jednak w Mieście jest inaczej. W Kraju jest inaczej. Czasy minione z całych sił walczą o przetrwanie. Swoimi mackami oplatają teraźniejszość i ciągną ją w dół.- O nie, nie możecie iść naprzód bez nas!- krzyczą.- Spójrzcie! Przecież my jesteśmy! Otaczamy was! Żyjecie obok nas! Żyjecie w naszych domach! Jeździcie po naszych ulicach! Wychowałyśmy was!

Tak, czasy minione są przebiegłe. Chcą wykazać ciągłość, chcą pokazać, że jeszcze żyją, że mają na nas wpływ. Mieszkańcy Miasta stukają się w głowę i mówią: „Przecież to już minęło! Tego już nie ma!”
Miasto uśmiecha się smutno i pyta:
- A ja? Czymże ja jestem, jak nie pozostałością tego, co było? Dla mnie to wciąż istnieje. Jest we mnie, tak jak jest także w was. Nie widzicie tego? One także i na was wpłynęły! Jesteście inni, zmieniliście się i tak już zostanie.

Wysiadłem z tramwaju, tak jak większość ludzi. Reszta mieszkańców przystanęła, zatrzymała się na ulicach. Lekko skonfundowani podnieśli głowy.
- Przepraszam, ale kim ty... Pani… Znaczy…- mówią wolno i niepewnie, tak jak rozmawia się z osobami, których twarze skądś się kojarzy, ale człowiek nie pamięta skąd. „Sklep? Bank? Praca? Szkoła? Skąd ja TO znam?” W końcu troska o zachowanie dobrych manier i rozpaczliwa próba nie zranienia nieznajomego znajomego przegrywa z pustką w pamięci- Przepraszam, czy my się znamy?
- Tak jakby.
- Dziwne.- rozległ się szmer wśród ludzi. Jeden z młodych głośno mówi:
- Wygląda na to, ze nikt tu sobie pani nie przypomina. Może by nam się pani przedstawiła?- panika zaczyna rozpychać się łokciami. Tu już nie ma pytań „skąd ja TO znam?”, tylko „co TO jest?”.
- Wasze Miasto.
Znów szmery rozległy się wśród mieszkańców. „Moje? Nie! Na pewno nie! Moje wygląda inaczej!”. „ Nie, niemożliwe.”. „Daję głowę, że to nie moje!”. W końcu pewien czterdziestoletni, elegancko ubrany mężczyzna, zapewne biznesmen, decyduje się zabrać głos.
- Obawiam się, że zaszła pomyłka. Moje Miasto jest daleko stąd. Ja tu jestem w pracy.
- Aaach.- smutny uśmiech znów zagościł na twarzy Miasta.- To… To ja nie zatrzymuje. Przepraszam, widocznie zaszła pomyłka.
Ludzie uśmiechają się grzecznie, kiwają głowami na pożegnanie i wracają do pracy. Jedynie jedna starsza osoba wciąż stała wpatrując się w Miasto. Widać toczyła się w niej jakaś wewnętrzna walka o to czy zapytać, podejść, czy nie. Rzecz typowa dla sytuacji, w której nie jesteśmy pewni czy ta osoba, którą widzimy to nasz znajomy czy nam się tylko zdaje. W końcu staruszka podjęła decyzję.
- Przepraszam. Ja chyba Ciebie kojarzę.
W oczach Miasta pojawiła się nadzieja.
- Tak?
- Chyba tak. Czy ty przypadkiem nie…- staruszka ściszyła głos.- Czy ty nie umarłaś?
- Tak, umarłam. Kiedyś, dawno temu. Ale teraz znów istnieje, jestem.
- Aaach!- staruszka uśmiechnęła się szeroko. Radość i szczęście spotkania starego znajomego po latach. Jednak po chwili uśmiech zniknął z twarzy kobiety.
- Strasznie się zmieniłaś.
- Tak, racja.- nieśmiałość i niepewność zagościła w głosie Miasta.- To… To czasy minione. To one mnie tak zmieniły…
- Tak, pamiętam. Straszne, straszne czasy.- staruszka i Miasto wbiły wzrok w ziemię. Cisza. Szukanie tematów do rozmowy po latach. Co się zmieniło? Jak teraz Ci się żyje? Ciszę przerwało Miasto.- A teraz nowoczesność, teraźniejszość.
- Tak, wiem. Straszne, straszne czasy.- staruszka podniosła wzrok i spojrzała w oczy odnalezionej po latach znajomej. W końcu zapytała- Może się przejdziemy?
Miasto posmutniało. Kobieta zauważyła to i spytała:
- Czy powiedziałam coś nie tak?
- Nie… Po prostu nie mogę. Muszę… Muszę tu zostać.
- Rozumiem.- staruszka kiwnęła głową.- Ale będę mogła Ciebie czasem odwiedzić?
- Tak. Czemu nie?- Miasto uśmiechnęło się. Staruszka wciąż patrzyła się w jej oczy. Na jej budynki, parki, ulice. I poczuła, że w Jej chaosie jest nadal cząstka dawnej znajomej.
- To do widzenia!
- Do widzenia!- odpowiedziało Miasto. Staruszka odeszła. Miasto jeszcze chwilę patrzyło na odchodzącą kobietę. W końcu westchnęło i wróciło do klatki oblepionej napisami: codzienność, normalność, rutyna. I czekało. Czy będą następne wizyty?

22:52, czarny_dzaguar , Opowiadania
Link Komentarze (1) »
piątek, 23 listopada 2007
Triumwirat

Czas

I

Pan Beznadziej

Idą środkiem ulicy,

W czarno-białej paradzie.

 

Idą tu i teraz,

I za miesiąc, i za rok.

I za lat kilka.

 

Niby słoneczny dzień.

Promień wyblakły oświetla ich twarze.

Niby wesoły czas.

A nikłe uśmiechy i skromne słowa.

 

Nadziei! nie ma.

Wsparcia! nie ma.

Współczucia! nie ma.

 

Zostaliśmy sami.

Ja,

Czas,

I Pan Beznadziej.

 

A mogło być inaczej…

A mogłem! A gdybym!

Gdybym…

Inny był.

 

Tu i teraz,

I za miesiąc, i za rok.

I za lat kilka.

 

Zostaniemy sami.

Na zawsze.

Ja,

Czas,

I Pan Beznadziej…

 

Bo założyliśmy triumwirat,

W czasie tego jesiennego spaceru.

My! Trzej potężni!

 

A Krassusem?

Krassusem będę ja.

17:54, czarny_dzaguar , Wiersze
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 listopada 2007
Pan Beznadziej

Siedzi w ciemnym zakamarku,

Podrzędnego baru.

W długim, ciemnym płaszczu,

Z kapeluszem na głowie.


Sączy litry alkoholi,

Na cudzy rachunek.

Bo sam w sumie biedny,

Choć tak potężny się wydaje!


Rozmawiać z nim nie sposób,

Bo i tak odporny na twe argumenty.

Siedzisz, więc i słuchasz

Jego monologu.


Silne emocje wzbudzają jego słowa.

Czujesz ból, złość i gorycz.

A w tle tandetną muzykę

Gra zepsuta szafa grająca.


Krzyczysz, wstajesz,

Chcesz uciec- nie możesz.

Siedzisz, więc i słuchasz

Jego monologu.


Aż w końcu wszystko akceptujesz,

I ze spuszczoną głową,

Drobnymi miedziakami,

Płacisz za jego drinka.


A on na odchodnym,

Uśmiechnie się i powie.

- Do następnego razu,

mój przyjacielu!-

21:40, czarny_dzaguar , Wiersze
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 listopada 2006
Puste frazesy

...

przemoc

...

Tragedia w gdańskim gimnazjum otworzyła oczy dorosłym, którzy wcześniej nie dostrzegali niebezpieczeństwa i zła kryjącego się w polskich szkołach. Dorosłym, którzy o tym jeszcze nie wiedzieli, dla których szkoła była ostoją spokoju, miejscem kształtowania młodych ludzi

    Taka wizja szkoły była i jest dla każdego młodego człowieka wizją odległa, fatamorganą. Przecież każdy z uczniów liceum może opowiedzieć o tym, co się działo u niego w gimnazjum- kogo pobili, kogo „skroili”. Jego ta tragedia nie uświadamia. On o tym złu doskonale wiedział. Dla niego to jest po prostu przekroczenie ostatniej granicy, która i tak w ciągu ostatnich lat niebezpiecznie się przesunęła.

    Szacunek dla nauczyciela, dyscyplina, szkoła jako miejsce tworzenia moralnego szkieletu młodego człowieka. Czy którekolwiek z tych określeń padnie z ust ucznia, jeśli zapyta się go o to, z czym kojarzy mu się szkoła? Nie. Zamiast tego „rzuci”, bez chwili namysłu, bezrefleksyjnie, zbitkę słów- strach, pobicie, kradzież, narkotyki, alkohol, zero szacunku, zero moralności. To jest właśnie współczesna, polska szkoła! 

    Jednak gdańska tragedia przekroczyła wszelkie normy, obnażyła klęskę całego systemu edukacji. Bo co innego można powiedzieć, gdy na oczach całej klasy rozbiera się dziewczynę i symuluje gwałt? Gdy ona popełnia samobójstwo, bo grupa młodocianych degeneratów chciała się zabawić? Gdy cała klasa nie reaguje, biernie siedzi i się przygląda, nie rzuca się z pomocą.? Nawet, gdy jest podany sygnał, gdy jedna z koleżanek Ani wstaje i głośno protestuje. Dlaczego nie było odzewu? Dlaczego w ogóle mogło dojść do tak dramatycznego, tragicznego wydarzenia? 

  Winne jest bezrefleksyjne zapatrzenie w Zachód, który zarzuca nam zaściankowość, zacofanie, skrajną nietolerancję, bo 97% naszego społeczeństwa to katolicy, ludzie, którzy należą do kościoła skrajnie konserwatywnego, kościoła, który na piedestał wynosi podstawowe zasady moralne. Co Zachód oferuje w zamian?

    Co dla niego jest priorytetem, podstawą? Tolerancja, która przynosi defilady transwestytów na ulicach. Odrzucenie podziału na białe i czarne, zanurzenie całej codzienności w odcień szarości. Sprowadzenie sprawy seksu, cielesności do jak najbardziej trywialnego pojęcia zabawy. Wmówienie młodym ludziom, że jeśli nie uprawiają seksu w wieku 15-16 lat to są nienormalni. Ba! Wmówieniu, że jeśli robi to 14- latek to w sumie jest to w porządku. O tak! Zachód niesie łatwe i przyjemne życie. Życie bez wartości, z pustymi frazesami „europejskości”, „kosmopolityzmu”, „otwartości na świat”.

     Właśnie owy kosmopolityzm i otwartość na świat spowodowały zalew gazet typu „Bravo”, gdzie 14-latki piszą o swych erotycznych przygodach, przyniosło reklamy, które nawet, gdy tyczą się wody mineralnej potrafią nasycić się erotyzmem. Ta „otwartość”, „uświadamianie młodych” w prostej linii generuje ludzi, którzy mają spaczony światopogląd. To oni w dużej części siedzieli w klasie z Anią. Oni siedzieli i nic nie zrobili. Bo i po co? Przecież to tylko takie żarty. Odarcie z godności koleżanki nie robi na nich wrażenia. Tak jak nie zrobiło na jej oprawcach.

    Zmiany są niezbędne. Nie mogą być one jednak nieprzemyślane, tworzone ad hoc. Tu jest wymagany głęboki koncept, współmierny do skali zjawiska. I to jest podstawa, owy priorytet priorytetów.

21:26, czarny_dzaguar , Felietony
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22